wtorek, 30 czerwca 2015

Szałamow: siatka, mydło i ręcznik



W Rosji Władimira Putina Stalin przedstawiany jest jako wielki wódz i efektywny menedżer. Przy akompaniamencie fanfar na cześć tyrana nie jest łatwo dbać o pamięć o jego ofiarach. Wybitny pisarz Warłam Szałamow odsiedział w łagrach 18 lat. Jego utwory należą do klasyki literatury lagrowej. Dysydent z czasów radzieckich, Siergiej Grigorianc dobrze znał pisarza. W rozmowie z dziennikarzem Radia Swoboda Muminem Szakirowem opowiada co stało się z jego rękopisami i jak wyglądały jego ostatnie dni. Trudno po zapoznaniu się z relacją Grigorianca zachować obojętność.  Los pisarza w czasach radzieckich bywał prawdziwie tragiczny.
   





18 go czerwca upłynęło 108 lat od dnia urodzin autora "Opowiadań kołymskich". Nie była to data  jubileuszowa, ale wielbiciele pisarza odnotowali kolejną rocznicę. Działacze Memoriału, autorzy portalu shalamov.ru zorganizowali z tej okazji projekt "Moskwa Szałamowa". W jego ramach odbyły się wykłady, wycieczki, spektakle. Siergiej Grigorianc, założyciel działającej na rzecz praw człowieka fundacji "Glasnost'" dobrze znał pisarza. Dzięki jego wiedzy, organizatorom obchodów łatwiej było odtworzyć moskiewską topografię Szałamowa.








Siergiej Grigorianc spędził wiele lat w radzieckich więzieniach i łagrach. Jego zdaniem, także rządy
Władimira Putina zasługują na jak najostrzejsza krytykę. 






Mumin Szakirow:
Jak pan poznał Warłama Szałamowa?

Siergiej Grigorianc:
Mój przyjaciel, poeta Walentyn Portugałow (spotkali się z Szałamowem na Kołymie) zaprowadził mnie w 1963 do maleńkiego, dwupokojowego mieszkanka na Choroszewskim Szosse. Tam mieszkała Olga Niekludowa z rodziną. Trafiłem do wnętrza typowego dla moskiewskiej inteligencji lat sześćdziesiątych, stare meble, na półkach Mandelsztam, Andriej Biełyj, książki innych poetów i pisarzy, pierwsze i jedyne wydania tych autorów. Gospodyni mieszkania Olga była drugą żoną Szałamowa, pobrali się po jego powrocie do Moskwy w 1956, pierwsza żona się z nim rozwiodła. Tam mieszkał wtedy też syn Olgi Siergiej, miał wówczas, podobnie do mnie ok. 20 lat, dziś jest znanym etnografem, znawcą Dalekiego Wschodu, profesorem.

Szakirow:
Szałamow spędził w obozach 18 lat. Jak wyglądał, kiedy zobaczył go pan po raz pierwszy?

Grigorianc:
Miał dwa metry wzrostu. Był wysuszonym dryblasem. Kiedy poruszał rękoma, widać było jak drżą. Przez to że był chudy, wyglądał na jeszcze wyższego. W pewnym momencie pojawił się w kuchni, z trudem się w niej pomieścił. Ze swymi dziwactwami był człowiekiem z innego świata. Z Portugałowem dostaliśmy coś do jedzenia, herbatę, Szalamow nie jadł nic. Później Lubow Wasilijewna, żona Portugałowa wytłumaczyła, iż on w ogóle, także w domu jadał niewiele. Sam sobie gotował zupę z pszenicy ze śledziami.

Szakirow:
Orientował się pan z kim ma do czynienia?


Myję się w wodzie po praniu


Grigorianc:
Wcześniej coś już o nim słyszałem. Czytałem jakieś wiersze, opowiadania, dostawałem je od Portugałowa. Wówczas jeszcze nie były opublikowane "Opowiadania kołymskie", to one przyniosły mu światową sławę. Wśród znajomych miałem sporo ludzi pokaleczonych przez Kołymę. Ich przyjaciele, krewni byli ofiarą aresztowań, rozstrzelań. Zachowanie Szałamowa mnie nie zdziwiło. Trochę później zaczął pojawiać się w uniwersytecie, przychodził do nas na wieczory "zapomnianej poezji". Mówiąc precyzyjnie, to były wieczory poświęcone poetom, ofiarom represji, autorom takim, jak Daniel Charms (poeta i dramaturga, autor utworów utrzymanych w surrealistycznej poetyce absurdu - "mediawRosji"), Aleksandr Wiedienski (poeta i dramatopisarz, przedstawiciel literatury absurdu- "mediawRosji"), Iwan Pulkin. Zbieraliśmy się wydziale dziennikarstwa, w audytorium numer 15, miało ono kształt amfiteatralny, zawsze przychodził tłum ludzi. Już w czasach studenckich byłem człowiekiem samodzielnym i aktywnym, drukowano mnie w "Encyklopedii Literackiej". Mam wrażenie, że Portugałow przyprowadził mnie do Niekludowów, specjalnie, po to bym poznał Szałamowa, a potem zorganizował jego wieczór na uniwersytecie. Niestety, nie udało się, do spotkania ze studentami nie doszło, ale zaprzyjaźniłem się z Warłamem Tichonowiczem. Podtrzymywaliśmy trwałe i przyjacielskie kontakty przez wiele lat.

Szakirow:
Znamy jego prozę i wiersze. Są ponure i mroczne. W jego osobowości obecne były podobne rysy?

Grigorianc:
Lata 30-40te utrwaliły się w pamięci nawet tych, którzy przeżyli je na wolności, nigdy potem nie potrafili o nich zapomnieć. Co tu mówić o ofiarach więzień i obozów. Moje przejścia obozowe były o wiele lżejsze, odsiedziałem wszystkiego 9 lat, jednak do tej pory nie potrafię uwolnić się od odruchów i reakcji typowych dla zeka. Na przykład, do dziś myję się w wodzie po praniu. Na Kołymie siedział także pisarz Jurij Dombrowski (wybitny pisarz rosyjski, autor utworów tłumaczonych także na polski - "mediawRosji"), po wyjściu na wolność wyglądał jak wykształcony, inteligentny człowiek, jednak kiedy przychodził do restauracji Związku Pisarzy szokował wszystkich. Makaron jadł rękoma. Od pewnych rzeczy nigdy nie można się wyzwolić.

Szakirow:
Dobrze rozumiem: sam Szałamow był ostry, mroczny, złośliwy?

Grigorianc:
Wobec mnie zawsze był uprzejmy, nie czułem w nim napastliwości, złośliwości.  Ale zauważyłem, iż nigdy nie uczestniczył w rozmowach we trójkę, to takie czysto obozowe przyzwyczajenie. Dwóch ludzi, to dwóch świadków. Wystarczy, by wlepili nowy wyrok. Po dwudziestu latach w zonie, ofiara nie jest już w stanie rozmawiać w obecności trzeciego człowieka. Szałamow w takich sytuacjach milkł.

Szakirow:
Miał poczucie humoru?

Grigorianc:
Nigdy się z tym nie spotkałem. Często widziałem, jak nie dowierza ludziom, jak reaguje sceptycznie. Potrafił rozmawiać tylko na interesujące dla siebie tematy. Oleg Czuchoniec, świetny poeta, pracował w redakcji poezji miesięcznika "Junost'", opowiadał, iż Szałamow na dwór wychodził zawsze z siatką, mydłem i ręcznikiem, drugi ręcznik zawijał sobie wokół szyi, był zawsze przygotowany na aresztowanie. Ale ja poza pomieszczeniem mieszkalnym nigdy go nie spotkałem.

Szakirow:
Czego się obawiał? Przecież to były czasy odwilży.


Rękopisy


Grigorianc:
Kiedy się poznaliśmy, Szałamow znajdował się w szczególnie trudnej sytuacji. KGB nad nim się znęcało, przeczuwał, że jego rękopisy mogą zostać zniszczone w dowolnej chwili. Szałamow miał przyjaciela, pisarza Georgija Demidowa. On miał za sobą podobne doświadczenia. Demidow napisał wiele, stale ukrywał swoje rękopisy, rozdawał znajomym, wydawało mu się, że tak uda się je uratować. W pewnym momencie, u wszystkich znajomych Demidowa przeprowadzono rewizje, KGB skonfiskowało rękopisy. Po tej historii przeżył jeszcze pięć lat. Nie napisał już ani jednej linijki. Dziś udało się wydać jego utwory, cudem zachowały się w archiwach KGB. A pisarz Jurij Dombrowski? Wygląda na to, że został zamordowany. Sam w jakimś stopniu przepowiedział swoją śmierć. Straszyli go, bili go, w końcu go uśmiercili. Kiedy na zachodzie opublikowano jego powieść "Wydział rzeczy niepotrzebnych", w holu Domu Pisarzy, na oczach szatniarzy i wybitnych rosyjskich twórców pobiło go sześciu muskularnych facetów. Zaraz potem umarł na skutek krwotoku wewnętrznego. Wcześniej napisał opowiadanie, w nim przewidział własną śmierć, chociaż nie jej dokładne szczegóły. Tak, czy inaczej miał rację. Umarł nagle.

Szakirow:
Można to sobie wyobrazić? Szałamow idzie na kompromis, ustępstwa, by jego wiersze i proza ukazały się w druku?

Grigorianc:
Wykluczone. Warto przyjrzeć się innym przykładom. Pisarz Arkadij Bielinkow. Odsiedział swoje. Strasznie zależało mu na druku. Napisał książkę o pisarzu Juriju Tynianowie (pisarz, historyk literatury, przedstawiciel rosyjskiej szkoły formalnej - "mediawRosji"). By przeszła cenzurę dodał akapit o tym, jak trockiści zatruwali studnie. Jeszcze jeden świetny poeta Tola Żygulin siedział w kołymskich łagrach. Chciał, żeby drukowano jego zbiory poezji. Miał sposób na to, by przechodziło po kilka jego kołymskich wierszy. Dodawał do nich inne, wiernopoddańcze, napisane z okazji 1go maja, innych świąt. Dla Szałamowa to było nie do zaakceptowania. On sam nigdy nie był autorem hołdów pod adresem władz, ani w wierszach, ani w opowiadaniach. Mógł sobie pozwolić na jedno tylko ustępstwo, pozwalał by wiersze jego wychodziły nie w skomponowanych tomikach, cyklach, ale oddzielnie. Bolało go to, bo zdawało mu się, iż jego wiersze wyrwane z kompletnego zbioru nie przekazywały precyzyjnie tego, na czym mu zależało.

Szakirow:
W 1973 roku Szałamow w końcu wstąpił do Związku Pisarzy. Przedtem też napisał list do "Litieraturnej Gaziety". Protestował w nim przeciw publikacji jego opowiadań w wydawnictwach emigracyjnych "Posiew" i "Nowyj Żurnał".

Grigorianc:
Do tego listu zmusił go Borys Polewoj (redaktor naczelny czasopisma "Junost'). Opowiadał mi o tym Oleg Czuchoniec. Polewoj zaprosił Szałamowa do siebie i ostrzegł, iż jeśli nie napisze listu, to "Junost'" przestanie publikować jego wiersze (to było jedyne czasopismo drukujące pisarza). Polewoj uprzedził też Szałamowa, iż można będzie zapomnieć o publikacji jego książki. W tamtym okresie wyszedł pierwszy zbiór opowiadań Szałamowa w przekładzie na niemiecki, taka była przyczyna presji wywieranej na niego przez KGB, by wystąpił w tej sprawie publicznie.






Szakirow:
Sołżenicyn po powrocie do Rosji nawiązał kontakty z władzami, nie jeden raz gościem u niego w domu był prezydent Putin. Były zek Aleksander Isajewicz Sołżenicyn dawał do zrozumienia byłemu funkcjonariuszowi KGB, że aprobuje jego działalność jako prezydenta. Potrafi pan sobie wyobrazić podobne zachowanie Warłama Szałamowa?


Co można znaleźć w archiwach?


Grigorianc:
Nie. Dla niego to wszystko byłoby obrzydliwe. Sołżenicym był zawsze zwolennikiem władzy autorytarnej. W różnych artykułach pisał, iż władza autorytarna, to dla naszego kraju najlepsza droga rozwoju. Do pewnego stopnia rozumiał też, iż nasza władza autorytarna będzie opierać się na KGB. Takie stanowisko budzi kontrowersje. Kończę właśnie dwie nowe książki, piszę w nich o różnych osobach i wydarzeniach, w związku z tym dość często rozmawiam przez telefon z Natalią Dmitriewna, wdową po Sołżenicynie. Pisanie o nim jest trudniejsze, potrafił być chytry. Szałamow nigdy nie próbował przechytrzać, zachowywał się prostolinijnie, świadczył o tym także jego wygląd.

Szakirow:
Pana zdaniem w archiwach KGB do dziś znajdują się rękopisy niepublikowanych utworów Szałamowa. Mamy już rok 2015. Jak mogło do tego dojść?

Grigorian:
Wspomniałem KGB, bo wszystko działo się pod skrzydłami tej organizacji. Jednak z formalnego punktu widzenia potrzebna jest większa precyzyjność. Rękopisy znajdują się w RGALI (Rosyjskie Państwowe Archiwum Literatury i Sztuki). Historia wygląda tak, iż do tych rękopisów i materiałów nie ma dostępu nikt poza upoważnionymi osobami, które współpracowały z Iriną Sirotinską i jej synem. W 1980 roku zajmowałem się historią literatury, interesował mnie Andriej Biełyj, Remizow, także literatura emigracyjna, literatura z początku wieku. Z tego powodu dosyć często pracowałem w archiwum. Kontaktowałem się z dyrektorka archiwum Natalią Wołkową i jej mężem (był znany znanym ze swej pasji kolekcjonerskiej, później założył Muzeum Kolekcji Prywatnych). W archiwum spotkałem się z Sirotinską. Powiedziałem jej, że chciałbym zapoznać się z rękopisem Szałamowa dotyczącym świata przestępczego.  Dziś jest on już opublikowany, wtedy jeszcze nie. Chciałem na ten utwór rzucić okiem jeszcze raz, czytałem go już wcześniej. Ale odpowiedź Sirotinskiej była negatywna, według  niej był on w specjalnej części archiwum, do niej dostęp podlegał restrykcjom.

Szakirow:
Uważa się, iż Irina Sirotinska była blisko zaprzyjaźniona z Warłamem Szałamowem i że to dzięki niej udało się uratować i zabezpieczyć jego archiwum.

Grigorianc:
W tej historii jest wiele kłamstw i niedokładności. Wobec Warłama Szałamowa zachowano się bardzo demokratycznie. W jego domu nieoczekiwanie pojawiła się pracownica RGALI Sirotinska, udało jej się zdobyć jego zaufanie. Zaczęli rozmawiać. Obiecała, że się postara, by jego rękopisy zostały przyjęte do archiwum. Jako pracownica archiwum Sirotinska była oficjalnie zatrudniona w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Na pierwszy rzut oka złożono mu kuszącą propozycję, ale z drugiej było to wyłudzenie. Pisarze radzieccy zawsze pragnęli zachować rękopisy utworów nie przyjętych do druku, ocenzurowanych. Niekiedy oddawali do archiwum, to co wydawało im się ważne. Jednak nie wszystko było przyjmowane. Jak mi się zdaje, Szałamow nie miał do zaufania do Sirotinskiej, ale jej propozycja, złożona w końcu przez pracownicę archiwum,  wydała mu się zbawienna. To była szansa na uratowanie rękopisów nie drukowanych utworów. Nie wiadomo było,  co by się z nimi stało, gdyby przyszli po niego, zatrzymali na ulicy… Może zostałyby spalone, zniszczone. Ale ta oferta okazała się pułapką.

Szakirow:
W tamtych latach kontaktował się pan z Szałamowem?



"Opowiadania kołymskie"Warłama Szałamowa pozostaną na zawsze jednym z najważniejszych świadectw
okrucieństwa reżimu Stalina. 



Grigorianc:
5 lat, od 1975 do 1980 spędziłem w więzieniach i obozach. Po wyjściu na wolność pomyślałem o spotkaniu z Szałamowem.  Wydało mi się, że moglibyśmy podzielić się doświadczeniem, nie literackim, a życiowym, zamierzałem napisać coś o swoich przeżyciach. Ale po zwolnieniu obowiązywał mnie zakaz zamieszkania w Moskwie i w obwodzie moskiewskim. Znajdowałem się pod nadzorem, moja swoboda przemieszczania się była ograniczona, musiałem raz na tydzień meldować się na milicji. Czekały mnie poszukiwania dachu nad głową w strefie oddalonej od Moskwy o 100 kilometrów, tam jednak znalezienie czegoś odpowiedniego do wynajęcia było niemożliwe. Wynajmujesz, a to oznacza, że będzie się zależnym od właścicielki mieszkania. Ona z kolei w stu procentach jest zależna od miejscowego dzielnicowego. Wystarczy, by funkcjonariusz milicji polecił jej, by napisała iż wróciłeś o 10ej, a nie o 8ej, tak jak to przewiduje regulamin… I ona tak napisze. Trzeba było kupić dom, ale nie wolno mi było tego zrobić.. Z Tolą Marczenko  (legendarny dysydent z czasów radzieckich, umarł w łagrze, już po objęciu władzy przez Michaiła Gorbaczowa - "mediawRosji") było gorzej, zanim to zrozumiał, już posadzili go po raz kolejny za nieprzestrzeganie regulaminu. Tak, czy inaczej, miałem kilka miesięcy, bo pomieszkać z żoną w stolicy, a równocześnie szukać przystani w strefie położonej poza setnym kilometrem. Już pierwszego wieczora w Moskwie spotkałem przyjaciela z uniwersytetu, poetę Miszę Ajzenberga i zapytałem go o Szałamowa. Próbowałem do niego zatelefonować, jednak stary numer nie odpowiadał… Nie było w tym nic dziwnego, stary dom Szałamowa przy Horoszewskim Szosse został zburzony. I nagle okazało się, że od kilku lat nikt go nie widział, ludzie nie mają pojęcia, jak go znaleźć.

Szakirow:
Pan go odnalazł?


W Domu Inwalidów i Starców


Grigorianc:
Najpierw ktoś mi powiedział, że w ostatnich latach Szałamow mieszkał pod innym adresem. Odnaleźliśmy ulicę i dom. Ale tam go nie było. Potem zaczął nam pomagać lekarz, Jurij Fejdman, znal Szałamowa z kontaktów w literackim kółku Nadieżdy Mandelsztam. Fejdman mógł wysyłać oficjalne zapytania do różnych instytucji medycznych. Po kilku tygodniach Szałamow się znalazł. Znajdował się  w Domu Inwalidów przy ulicy Łacisa. Był chory, cierpiał na chroniczny katar, wymagał stałej opieki, oddała go tutaj Irina Sirotinska.

Potem całą historię, jak się tam znalazł opowiedziała mi Ludmiła Zajwaja. W latach siedemdziesiątych stała na czele słynnego klubu bibliofilów w Domu Książki Technicznej na Prospekcie Lenina. Ta dziwna kobieta sama pisała wiersze i opiekowała się Szałamowem. Sprzątała w jego mieszkaniu i odnosiła bieliznę do pralni. Po jakimś czasie Szałamow zażądał, by wezwała notariusza, powiedział, że muszą uregulować swoje stosunki. Trudno odgadnąć, o co mu chodziło, czy chciał ją do czegoś upoważnić, czy się z nią ożenić. Zajwaja ze zdziwienia i głupoty zatelefonowała do Sirotinskiej. Ta zjawiła się natychmiast. Wkrótce sąsiedzi Szałamowa z tej samej klatki schodowej napisali skargę, iż wspólnie z pisarzem nie da się mieszkać. W ten sposób trafił do Domu dla Inwalidów i Starców.

Szakirow:
Jak zareagowano w Domu dla Inwalidów na Pana wizytę? Łatwo było się tam dostać?

Grigorianc:
Kiedy powiedziałem, że przyjechałem w odwiedziny do Szałamowa, wyszła do mnie dyrektorka. Widać było, że się ucieszyła: "Jak to dobrze, że w końcu ktoś się u niego zjawił. Jest u nas od trzech lat. Ale to trudny pacjent, stale zrywa prześcieradło z materaca, chowa ręczniki, potem obwiązuje sobie nimi szyję. Trudno go karmić, nie potrafi obsłużyć się samodzielnie, drżą mu ręce. Naprawdę nie jest z nim łatwo. Nikt do niego nie przychodzi".

Wersja, iż odwiedzała go tam Sirotinska, to absolutne kłamstwo.

Szakirow:
Jak wyglądał?

Grigorianc:
Poznał mnie. Ucieszył się, ściskał rękę. Mówił jednak niewyraźnie, rozumiałem najwyżej co trzecie zdanie. Wymarzona dłuższa rozmowa okazała się niemożliwa. Z jednej strony odnalazłem i spotkałem żywego Warłama Szałamowa, z drugiej na nagim materacu leżał przede mną całkowicie wyczerpany człowiek. Na szczęście, jego sąsiada w pokoju odwiedzała córka, niekiedy częstowała go choćby jabłkiem. Nie byłem w stanie odwiedzać Warłama Tichonowicza regularnie, zbliżała się pora mojego wyjazdu z Moskwy. Opowiedziałem o pisarzu, znajomemu historykowi sztuki, Saszy Morozowowi. I on zaczął tam chodzić. Dołączyli do niego inni ludzie. Przez cały czas Szałamow coś pomrukiwał, Morozow nauczył się rozumieć jego słowa. Zapisywał je, zorientował się, że to są wiersze, potem doprowadził do publikacji tych najpóźniejszych utworów Szałamowa. Pod poduszką pisarz przechowywał paryskie wydanie swoich "Opowiadań kołymskich", najwyraźniej była to wówczas dla niego rzecz najcenniejsza.


Inteligentne paniusie


Szakirow:
Coś mu groziło?

Grigorianc:
W odróżnieniu ode mnie i Szałamowa, Sasza Morozowa nie miał doświadczenia obozowego. Prosiłem go, by zachował ostrożność. Ale on zaczął przyprowadzać tam znajome moskiewskie "inteligentne" paniusie, któraś Szałamowa karmiła, inna udziergała czapeczkę, opiekowały się nim. Na pierwszy rzut oka, trudno byłoby się do czegoś przyczepić, człowiek potrzebował pomocy, ludzie mu ją okazywali. Jeśli idzie o mnie, mieszkałem wtedy w Borowsku, do Moskwy mogłem jeździć raz w miesiącu, odwiedzałem wtedy krewnych. Kiedy przyszedłem do Szałamowa kolejny raz, spotkałem u niego jakieś nieznane mi panie, potem przyszedł jeszcze ktoś inny. Powiedziałem Saszy, że to niebezpieczne, żeby nie przyprowadzał więcej obcych ludzi. Jeden z odwiedzających miał za sobą odsiadkę w obozie, ale cieszył się kiepską reputacją. Sasza był innego zdania: "niech w ten sposób modlą się o wybaczenie grzechów". Zignorował moje ostrzeżenia. W rezultacie w Domu Starców, u Szałamowa zbierała się regularnie grupa osób o liberalnych poglądach. Wśród nich była para lekarzy. Pisarz chorował, cierpiał na Parkinsona, Sasza miał nadzieję, że mu pomogą.

Szakirow:
Ostrzegał pan kolegę. Co jednak było dla pana źródłem niepokoju? To wciąż były czasy Breżniewa..

Grigorianc:
Na początku lat osiemdziesiątych władzom udało się rozgromić moskiewskie środowiska dysydenckie. Udało im się oczyścić miasto z niepokornych. Warłamow był już człowiekiem znanym, chętnych do odwiedzin i spotkania było wielu. To wtedy francuski Pen Club przyznał mu nagrodę wolności. W rezultacie, w styczniu 1982 roku postanowiono, by Warłama Szałamowa przenieść z Domu Starców (tutaj wolno było wejść każdemu) do Kliniki Psychoneurologicznej.  W niej odwiedziny postronnych były zabronione. Chodziło o to, by Szałamowa odizolować od świata. To wydarzyło się w styczniu. Był byle jak ubrany, pół gołego wepchnięto go do karetki, odwieźli na miejsce. Po drodze go przeziębili. Zaczęło się zapalenie płuc. Te dni spędziła z nim młoda lekarka, córka słynnego tłumacza Wiktora Chinkisa (to on przetłumaczył na rosyjski "Ulissesa" Joyce'a). Ale Szałamowowi nie można już było pomóc. Umarł w tej klinice.

Szakirow:
A gdzie pan się wtedy znajdował?

Grigorianc:
Zatelefonowano do mnie do Borowska, poinformowano o jego śmierci. I o tym, że liturgia żałobna odbędzie się w cerkwi Swiatitiela Nikołaja w Słobodzie Kuznieckiej. Tam po raz pierwszy zobaczyliśmy Irinę Sirotinską. Kiedy trumnę z ciałem pisarza przeniesiono do samochodu usiadła obok, nikt do niej nie podszedł. Samochód był pusty, gdzieś tam w środku siedział jeden tajniak. Byłem łagiernikiem, poproszono mnie więc, bym nad jego trumną powiedział kilka słów. Ale tam był też człowiek, który kierował ceremonią, nie chcę wymieniać jego nazwiska, uważano go wówczas za zasługującego na szacunek liberała. Od niego usłyszałem, iż sam Warłam Tichonowicz prosił, by na jego pogrzebie nikt nie przemawiał. Poczułem coś na kształt zakłopotania, uwierzyłem, dopiero potem zdałem sobie sprawę, iż on nie znał Szałamowa, pisarz nie mógł mu niczego powiedzieć, że ta prośba była zmyślona. Potem czekała na nas długa droga po zaśnieżonym cmentarzu. Zachowały się archiwalne fotografie. W mieszkaniu geologa Natalii Kind odbyły się "pominki", w swoich wspomnieniach sporo o Natalii pisał Sołżenicyn. W 1983 roku znowu mnie aresztowano, skazano na 7 lat kolonii o zaostrzonym reżimie.  To była kara za moją działalność na rzecz obrony praw człowieka. Cztery lata później, już przy Gorbaczowie objęto mnie amnestią.

Szakirow:
Jakie miejsce w literaturze rosyjskiej zajmuje Szałamow?

Grigorianc:
Pod względem siły wyrazu Szałamowa w literaturze rosyjskim można śmiało porównać z Dostojewskim. Obydwaj byli geniuszami, każdy z nich, jak wcześniej Dante, Szekspir i Rabelais, odkrył dla świata wcześniej nie znaną stronę natury  ludzkiej. Proza Szałamowa może okazać się requiem dla pokaleczonego narodu rosyjskiego, pozostała z niego zaledwie niewielka cząstka. Ale może nie trzeba się spieszyć z wnioskami. Miejmy nadzieję, że i Rosja i wielki, silny naród rosyjski wciąż mają przed sobą jakąś przyszłość.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciolowski


Oryginał ukazał się na portalu svoboda.org




*Warłam Szałamow (1907 - 1982), wybitny poeta i pisarz rosyjski, więzień stalinowskich  łagrów. Jest autorem sławnych na całym świecie "Opowiadań kołymskich".












*Siergiej Grigorianc (ur.1941), dysydent z czasów radzieckich, więzień polityczny, dziennikarz i literaturoznawca. Założyciel fundacji "Głasnost". Jest ostrym krytykiem rządów Władimira Putina.









*Mumin Szakirow (ur. 1959), dziennikarz i reżyser filmowy. Od  1994 jest związany z radiem Swoboda. Autor głośnego filmu dokumentalnego "Holokaust, czy to klej do tapet?"











Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







czwartek, 25 czerwca 2015

Anatomia propagandy: wieczór z Władimirem Sołowiowem



Dla większości Rosja głównym źródłem informacji na temat konfliktu ukraińskiego pozostają programy informacyjne i publicystyczne najważniejszych rosyjskich stacji telewizyjnych, Kanał Pierwszy, Rossija, NTV. W programach Władimira Sołowiowa, Andrieja Norkina, Jewgienija Popowa, Piotra Tołstoja władzę w Kijowie sprawuje nazistowska junta, na Ukrainie szaleje korupcja, wobec mieszkańców Donbasu stosowana jest okrutna przemoc. Równocześnie stwarzana jest w nich jest iluzja dyskusji, do udziału zapraszani są wybrani działacze rosyjskiego obozu liberalnego, zagraniczni i ukraińscy publicyści. Ich głos jest jednak słabo słyszalny. Dlaczego? - tłumaczy Jelena Rykowcewa, publicystka portalu i radia Swoboda.
  



Popularny program „Niedzielny Wieczór z Władimirem Sołowiowem”, emitowany przez Kanał Pierwszy rosyjskiej telewizji, komentują dwie dziennikarki: korespondentka Rosyjskiej Sekcji „Radia Swoboda” Jelena Rykowcewa (z pozycji telewidza) oraz korespondentka gazety „Kommiersant” Janina Sokołowska (z pozycji uczestnika).





Przed laty jego programy były miejscem żywej i niezależnej dyskusji. Jednak od jakiegoś czasu Władimir
Sołowiow stal się jednym z głównych propagandystów Kremla. 





Moja ukraińska koleżanka Janina Sokołowska została zaproszona do talk-show „Niedzielny wieczór z Władimirem Sołowiowem”. Ponieważ wcześniej nie oglądała tego programu, zapytała mnie, co o nim sądzę i czy będzie miała jakąkolwiek szansę przedstawić widzom swój punkt widzenia.

Wyjaśniłam jej, że wszystko zależy od tego, jakie poglądy zamierza zaprezentować. Jeśli zacznie krytykować władze ukraińskie, to bez większych problemów będzie mogła powiedzieć wszystko, co myśli. „Nie, ­- usłyszałam od Janiny – chciałabym powiedzieć, że w Donbasie walczy armia rosyjska, i że pod Marjinką ostrzał prowadzony był z 50 rosyjskich czołgów”.

Słysząc to, jedynie bezradnie rozłożyłam ręce. I w punktach wyliczyłam najważniejsze cechy tego programu.


Dwa zespoły


1. Podczas dyskusji na tematy ukraińskie goście są podzieleni na dwie grupy, które dla uproszczenia nazwę „proukraińską” i „prorosyjską” (komentatorzy „prorosyjscy” popierają „republikę ługańską” i „republikę doniecką”). Podział zawsze jest nieproporcjonalny – dwa do czterech. Formalnie uczestnicy podzieleni są na dwa czteroosobowe zespoły. W jednym z nich wszyscy reprezentują wspólną linię. W drugim zespole dwie osoby mają poglądy przeciwne, a dwie zgadzają się z poglądami zespołu pierwszego. Drużyna „prorosyjska” składa się zarówno z etatowych moskiewskich politologów w rodzaju Wiaczesława Nikonowa albo rozkrzyczanych ekspertów w rodzaju Dmitrija Kulikowa, jak i polityków ukraińskich w rodzaju Oleny Bondarenko z Donbasu, Władimira Skaczka z Kijowa oraz przedstawicieli „republiki donieckiej” i „republiki ługańskiej”. Władimir Sołowiow, choć teoretycznie powinien być moderatorem dyskusji, z całego serca wspiera ekspertów z pierwszego zespołu. Dlatego nawet gdyby wszystkim uczestnikom udzielono dokładnie tyle samo czasu antenowego, poglądy proukraińskich gości mimo wszystko nie byłyby reprezentowane proporcjonalnie do poglądów ich oponentów.

2. Tyle tylko, że choć prorosyjscy eksperci dysponują przewagą liczebną i tak nie pozwalają wypowiedzieć się swobodnie stronie przeciwnej. Nikonow, Bondarenko czy Puszylin mogą monologować bez ograniczeń w komfortowej i pełnej powagi ciszy.  Ich przeciwnicy (Olesia Jachno, Bielkowski i inni) muszą niemal krzyczeć, żeby przebić się przez harmider głosów i kąśliwe uwagi prowadzącego. Niedawno, Sołowiow zaczął dodatkowo stosować nieprzyjemny chwyt polegający na wykpiwaniu oponentów. Ktoś na przykład mówi, że w Donbasie przebywają rosyjscy żołnierze. A w odpowiedzi Sołowiow chichocze, dając do zrozumienia, że mówca palnął właśnie straszne głupstwo. Kamera pracuje w taki sposób, by w kadrze zamieścić nie twarz ukraińskiego gościa programu i jego argumenty, a śmiech Sołowiowa. Następnie rozbawiony Sołowiow uspokaja się i machając ręką w stronę mówcy z drużyny prorosyjskiej, udziela mu głosu.

Mowa ciała


Lekceważenie dla strony ukraińskiej prowadzący wyraża nawet mową ciała. Stoi w nienaturalnej pozie, na wpół zgięty. W kierunku „niewygodnego” Ukraińca kieruje jedynie głowę, natomiast cała sylwetka zwrócona jest ku Ukraińcowi „słusznie myślącemu”. Kształt toczonej wówczas rozmowy jest następujący:: Ukrainiec przytacza swój argument, Sołowiow odpowiada mu ironicznym kontrargumentem i natychmiast gestem udziela głosu kolejnemu Ukraińcowi, tym razem "swojemu". Ten podłapuje temat i zaczyna płynnie wygłaszać monolog o ukraińskim faszyzmie i nazizmie. Publiczność milknie i słucha go w pełnej ciszy.




3. Wszystkie powyższe obiektywne okoliczności nie są jedynym utrudnieniem dla kogoś, kto chciałby w pełnym zakresie zaprezentować swój punkt widzenia. Istotną przeszkodą są też czynniki subiektywne, przede wszystkim umiejętność dobierania argumentów i dyskutowania. Problem polega na tym, że poglądy liberalne ze strony rosyjskiej reprezentują dyskutanci wyjątkowo słabi, tacy jak np. bardzo nieprecyzyjny Leonid Gozman czy mało aktywny Borys Nadieżdin. Doświadczonych mówców z silnym głosem i konkretnymi argumentami, takich jak choćby nieżyjący Borys Niemcow czy nadal aktywnie działający Siergiej Parchomienko i Dmitrij Muratow, do takich programów nigdy się nie zaprasza. Spośród kobiet w Rosji jedynie Ksenia Sobczak zdolna jest przebić się przez krzyki silniejszych liczebnie oponentów. Sobczak wykorzystuje w tym celu zarówno silne gardło, jak i logiczną argumentację. Tyle że jej też już nie zapraszają. Natomiast spośród zapraszanych do programu Ukrainek żadna nie posiada takich talentów. Ołesię Jachno zakrzykują i „gaszą” bez większego trudu, a widzowie z jej wystąpienia zapamiętują jedynie duże, pełne smutku oczy. Na dodatek taka osamotniona obrończyni ukraińskiego punktu widzenia nie ma prawa do najmniejszej nawet pomyłki. Bo kiedy potknie się jej oponent, nikt tego nie zauważa. Ale kiedy ona sama popełni błąd w argumentacji, pozostali bezlitośnie, ze zdwojonym entuzjazmem wykorzystują jej słabość.

Po wysłuchaniu moich racji Janina Sokołowska nie zwątpiła w swoje siły i nie zrezygnowała z udziału w programie Sołowiowa. W dniu emisji usiadłam więc przed telewizorem, żeby jej kibicować. Już dawno nie oglądałam tego talk-show, dlatego miałam niezły ubaw obserwując, jak uczestnicy punkt po punkcie wcielają w życie technologię, którą wcześniej opisałam w rozmowie z Janiną.

W studio dyskutowano przez 2 godziny, oczywiście cały czas o Ukrainie. Przez pierwszą godzinę wśród dyskutantów znajdowali się, jak zwykle, dwaj proukraińscy i jednomyślna szóstka antyukraińskich. Wśród nich dwójka kremlowskich politologów lamentowała przede wszystkim z powodu „ludobójstwa własnego narodu” oraz dwaj reprezentanci DRL i ŁRL. Czyli układ tradycyjny i  sprawdzony.


Elementy faszystowskie


Politolog Nikonow miał za zadanie skupić się na elementach „faszystowskich”. Dlatego pouczał na przykład dwóch oponentów z Ukrainy: „Jeśli będziecie twierdzić, że Hitler nie był faszystą, że Bandera nie był faszystą, to absolutnie nikt spośród naszych widzów nie przyzna wam racji!”. Rzeczywiście, wcześniej ukraińscy goście (szczególnie politolog Tatiana Woronina) mówili, że Bandera nie był faszystą. Ale niczego takiego nie powiedzieli o Hitlerze. Tylko że nikt nie dał im możliwości sprostowania manipulacji Nikonowa.  Na dodatek Nikonow przemawiał tak długo, że oponenci mogli już zapomnieć, od czego zaczął się jego monolog.  Następnie rosyjski politolog oświadczył: „USA nie wsparły batalionu „Azow”, bo są w nim sami rasiści i antysemici. I ani lobby żydowskie, ani afroamerykańskie nigdy by się na to nie zgodziły”.



Podczas "Wieczoru z Władimirem Sołowiowem" jego uczestnicy reprezentujący ukraiński
mają niewielkie szanse, by ich głos został usłyszany. 



Byłam naprawdę ciekawa, co odpowiedzą na to goście z Ukrainy. Ale oni nic nie odpowiedzieli. W takich programach Nikonow jest nietykalną „świętą krową”. Może pleść, co mu ślina na język przyniesie, i nikt nie ma odwagi z nim polemizować. Wszyscy milczą jak zahipnotyzowani. Nikonow jest dla Sołowiowa prawdziwą oporą. Prowadzący zawsze stoi z ręką wyciągniętą w jego stronę, żeby w dowolnym momencie móc dać znak – a wtedy Nikonow natychmiast podsunie mu słuszne argumenty, albo przejmie inicjatywę w zaistniałym sporze. Przykładowo, wysłuchawszy wymiany zdań między ukraińską politolog Woroniną i Dejnegą (zwolennikiem ŁRL), Sołowiow zwrócił się do Nikonowa: „Czy ja dobrze rozumiem, że oni w żadnej kwestii się nie dogadają?”. Na co Nikonow odpowiada z przekonaniem: A w jakiej niby sprawie naziści mogliby się porozumieć z tymi, których chcą zniewolić?”. Nikonow to autorytet, więc i tym razem nikt nie waży się komentować jego opinii. Podobnie jak innej jego złotej myśli: „Ukraina jest skazana na klęskę, bo jej elity są kompletnie niepoczytalne”.


Ostatnie słowo


Cały program skonstruowany jest w taki sposób, żeby ostanie słowo należało do kogoś ze „swoich”. „Obcy” potrzebni są jedynie po to, żeby na ich tle jeszcze dobitniej wyeksponować „swój” punkt widzenia, by  jeszcze wyraziściej dowieść jego słuszności. Goście z Ukrainy pomagają gospodarzom show w stworzeniu iluzji dyskusji, dzięki czemu można odfajkować wymóg prezentowania dwóch punktów widzenia. Bo przecież żadnej bezmyślnej i jednostronnej propagandy u nas nie ma! Co prawda wszystko jest urządzone w taki sposób, żeby zwyciężała i dominowała pozycja strony rosyjskiej, ale przecież telewidzowie nie muszą sobie tym zaprzątać głowy. Z całej audycji widz ma zapamiętać, że dyskutanci kolejny raz dowiedli słuszności „naszego” punktu widzenia. Przy czym będzie on absolutnie przekonany, że doszedł do takiego wniosku samodzielnie, na podstawie porównania z racjami oponentów.

Sokołowska wchodzi na antenę w drugiej części programu. Jej wystąpienie również idealnie wpisuje się w zaplanowany zawczasu scenariusz. Kiedy Janina oświadcza, że władze w Kijowie powinny porozumieć się z „DRL” i „ŁRL”, zamiast wyzywać jej działaczy od „terrorystów”, pochwałę dla tych słów wyraża sama Ołena Bondarenko: „Brawo! Słusznie! Zuch dziewczyna!”. Ale kiedy Sokołowska usiłuje powiedzieć, że czołgi użyte pod Marjinką były przysłane z Rosji, bo niby skąd jeszcze? – za jej edukację zabiera się sam Sołowiow. Prowadzący poucza ją, że Ukraina sprzedawała swoje czołgi wszędzie, gdzie można. Więc nic dziwnego, że jakieś z nich znalazły się również i u „powstańców”. A tak w ogóle to w rosyjskich jednostkach wszystkie czołgi są ponumerowane i póki Sokołowska nie poda mu numeru czołgu biorącego udział w potyczce pod Marjinką, to Sołowiow w ogóle nie ma o czym z nią rozmawiać.

Janinie udaje się również wtrącić kilka słów o „nazizmie” - mówi, że od powtarzania tego słowa pokoju w świecie nie przybędzie. Tyle, że kieruje ten komentarz nie do Nikonowa, głównego propagatora poglądów o „ukraińskim nazizmie”, lecz do Dejneki, przedstawiciela ługańskiej „republiki”. Sęk w tym, że sam Dejneka nic o nazizmie nie wspominał, co – słusznie zresztą – natychmiast jej wypomina. Krótko mówiąc, Janinie Sokołowskiej udało się przedstawić rosyjskiej widowni nieco więcej faktów, niż innym gościom z Ukrainy. Ale mimo wszystko panujący w studiu harmider zapewne uniemożliwił widzom zrozumienie większości jej wypowiedzi. Wątpliwe jest zresztą, że rosyjscy telewidzowie jakoś specjalnie starali się ją zrozumieć i wyłowić jej słowa z ogólnego jazgotu.  Natomiast słowa innych dyskutantów o ukraińskim nazizmie było słychać wyraźnie i bez trudu trafiały one do odbiorców.

Z drugiej strony, moją koleżankę po fachu pozytywnie nastraja fakt, iż po zakończeniu programu jego uczestnicy potrafili prowadzić zupełnie konstruktywny dialog. Ja sama również słyszałam od uczestnika show „Polityka”, emitowanego na Kanale Pierwszym, że na wizji wszyscy mieszali z błotem pewną dziewczynę z Ukrainy (przypuszczam, że była to Ołesia Jachno), natomiast już po audycji na wszelkie sposoby starali się wyrazić swoje wsparcie i solidarność z nią. Ale oczywiście tego już telewidzowie nie zobaczyli. Tym nie mniej Janina uważa, że udział w takich programach jest nie tylko możliwy, ale i niezbędny. Swoje  argumenty przedstawiła w poniższym tekście.


Janina Sokołowska: 



Janina Sokołowska uznała,iż jej obecność we flagowym propagandowym programie
telewizji rosyjskiej może przynieść jakiś pożytek.  



Im częściej w programach telewizyjnych słychać słowa „nazizm” i „faszyzm”, tym bardziej zmniejsza się szansa na osiągnięcie porozumienia w sprawie Donbasu. To jest najistotniejszy wniosek, jaki wyciągnęłam z udziału w programie Władimira Sołowiowa, a także na podstawie wielu innych programów emitowanych w rosyjskiej telewizji.

Spojrzenie od kuchni

Udział w programie dał mi możliwość obejrzenia programu „od kuchni”. Koledzy dziennikarze odradzali mi uczestnictwo w talk-show Władimira Sołowiowa. Przekonywali, że prowadzący nie dopuści mnie do głosu, że będzie uparcie eksponować swój punkt widzenia. Krótko mówiąc – Ukraińcy służą w jego programie za „chłopców do bicia”.

Przytaczano również inne argumenty: „Będą cię przekonywać, że Rosjanie są naszymi braćmi. A między nami i Rosjanami jest takie pokrewieństwo, jak między wilkami i psami. Podobieństwo istnieje, a jednak obyczaje mają różne” – powiedział pewien bardzo szanowany przeze mnie dziennikarz ukraiński, od dawna zamieszkały w Moskwie.

Mimo wszystko wzięłam udział w tym talk-show. Nie tylko z ciekawości, ale i z przekonaniem, że ludziom trzeba mówić nie o wojnie, a o pokoju; nie o konfliktach, a o sposobach wypracowywania kompromisów. Trzeba im wyjaśnić, dlaczego łatwiej nam było znaleźć wspólny język z Niemcami, którzy do dziś przepraszają za swoją faszystowską przeszłość, niż z Rosjanami oskarżającymi o faszyzm Ukraińców.

Już wchodząc do studia usłyszałam, jak dość znany ekspert wykrzykuje słowo „nazizm!”. „Faszyzm!” - zawtórował mu nie mniej znany polityk. Odniosłam wrażenie, że obaj mówili szczerze, obaj wierzyli, że mają słuszność. A krwawe wydarzenia na Donbasie jeden i drugi konsekwentnie nazywali „wojną domową”.

Naprzeciwko mnie stał pełnomocnik „Ługańskiej Republiki Ludowej” pan Dejnega. Z uwagi na skomplikowaną sytuację w regionie starał się mówić w sposób wyważony. Dopóki elektrociepłownia w mieście Szczastia znajduje się pod kontrolą Ukrainy,  przedstawiciel „ŁRL” nie może zbyt ostro wypowiadać się o ukraińskiej władzy. Również słowo „Moskal” wymawiał bez ironii, bo tak przecież brzmi nazwisko gubernatora Obwodu Ługańskiego. I to właśnie z Henndijem Moskalem pan Dejnega zmuszony jest obecnie prowadzić negocjacje.


Po programie


Mimo, że podczas programu uczestnicy zaciekle się spierali, po jego zakończeniu nie rozeszli się, lecz zaczęli ze sobą rozmawiać i zastanawiać się nad jakimś kompromisowym rozwiązaniem konfliktu na Donbasie. Dyskutowali, co można zrobić, by zapobiec kolejnym ofiarom śmiertelnym. Niestety, telewidzowie nie mieli okazji posłuchać propozycji rozwiązania całego szeregu problemów, takich jak: legalizacja dyplomów ługańskich wyższych uczelni (obecnie nie są nigdzie honorowane, bo sama „ŁRL” nie jest uznana przez żadne państwo), stworzenie miejsc pracy dla uciekinierów z tego obszaru, problemy z dostarczaniem pomocy humanitarnej (konwoje ze strony ukraińskiej docierają tam bez problemu, natomiast ze strony rosyjskiej mają z tym kłopoty; i nie chodzi tu o kolumny sformowane przez Ministerstwo ds. Nadzwyczajnych).

W programach telewizyjnych na te tematy się nie rozmawia, albo w najlepszym razie komentuje się je bardzo powierzchownie. A na podstawie komentarzy moich internetowych czytelników sądzę, że sprawa konwojów humanitarnych, praktycznie zignorowana w programie, jest dla telewidzów najbardziej bolesnym tematem. I to zarówno dla zamieszkałych w epicentrum donbaskich wydarzeń, jak i dla obserwatorów z zewnątrz.

Czy z punktu widzenia uczestników takie programy mają jeszcze jakieś zalety?  Owszem, dają im możliwość spotkania się oko w oko z oponentami oraz pozwalają przemówić do Ukraińców, z których wielu mieszka poza granicami swojego kraju. A ponieważ mieszkają daleko od ojczyzny, i to nie tylko w Rosji, ludzie ci narzekają na ukraińską władzę, piętnując ją etykietkami „nazistów, junty i faszystów”. Te terminy stały się dla nich kluczowe i to właśnie one wywołują burzliwą reakcję i oklaski widowni.

Ci, którzy mieszkają na Ukrainie, nie klaszczą, słysząc takie słowa. Dla nich udział w programie jest szansą, a prowadzący – katalizatorem dyskusji. A najważniejsze jest to, co usłyszałam w kuluarach: że udało nam się przynajmniej zainicjować sklejanie rozbitego lustra.

Oczywiście, sklejone zwierciadło nigdy już nie będzie jednolite. I nigdy już nie będzie odbijać rzeczywistości tak dokładnie, jak kiedyś. Ale mimo wszystko nie będzie też jej deformować tak, jak obecnie deformują ją tysiące pojedynczych ułamków.

Nasz dialog z przeciwnikami się zmieni, nie będziemy już tacy, jak kiedyś. Ale będziemy mogli stać się lepsi niż jesteśmy w tej chwili. Takie właśnie wnioski wyciągam po zajrzeniu do rosyjskiej telewizji „od kuchni”. I mniejsza z tym, że w rosyjskich talk-show udziela się głosu także i rozmaitym Żyrinowskim.



Tłumaczenie: Katarzyna Kuc

Oryginał tekstu został opublikowany na portalu svoboda.org:
http://www.svoboda.org/content/article/27077537.html





*Jelena Rykowcewa (ur. 1962), rosyjska dziennikarka, autorka programów publicystycznych Radia Swoboda. W moskiewskim biurze radia pracuje od 2001 roku.  











Kto jest kim w tekście Jeleny Rykowcewej?

Wiaczesław Nikonow (ur. 1956), historyk, politolog, polityk. Deputowany Dumy Państwowej. Jest wnukiem jednego z najbliższych współpracowników Stalina, Wiaczesława Mołotowa. Jest autorem jego biografii.
Olena Bondarenko (ur. 1974), ukraińska dziennikarka, polityk, działaczka Partii Regionów. Przez kilka kadencji była deputowaną Wierchownej Rady. Jej zdaniem władze nie zastosowały odpowiednich środków dla zaprowadzenia porządku na kijowskim Majdanie.
Władimir Skaczko, dziennikarz kijowski, w latach 2000-2011 redaktor naczelny gazety "KIjewski Telegraf".
Dmitrij Kulikow, rosyjski politolog zajmujący się problematyką ukraińską, doradca Dumy Państwowej.
Dmitrij Puszylin (ur. 1981), jeden z liderów nie uznanej, separatystycznej Donieckiej Republiki Ludowej. Jest przedstawicielem jej władz na rozmowach w Mińsku.
Olesia Jachno (ur. 1978) znany ukraiński politolog, autorka popularnego bloga,  prywatnie żona moskiewskiego politologa Stanisława Biełkowskiego.
Borys Nadieżdin, rosyjski polityk orientacji liberalnej
Leonid Gozman, rosyjski polityk liberalnej orientacji, publicysta
Siergiej Parchomienko, dziennikarz, wydawca, były redaktor naczelny tygodnika Itogi, autor audycji w radiostacji "Echa Moskwy", działacz rosyjskiej opozycji demokratycznej.
Dmitrij Muratow, redaktor naczelny opozycyjnej "Nowej Gaziety"







Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com








środa, 24 czerwca 2015

Siedzi od roku. List do Nikity Michałkowa



Od roku ukraiński reżyser filmowy Oleg Siencow siedzi w rosyjskim areszcie. W lipcu ma się rozpocząć jego proces. Władze rosyjskie oskarżają go o udział w planowaniu akcji terrorystycznych na Krymie. Siencow publicznie  wyrażał swój przeciw aneksji półwyspu. Rosyjscy działacze ruchu obrony praw człowieka uważają, iż zarzuty pod jego adresem są wyssane z palca. W Moskwie odbywa się właśnie kolejny międzynarodowy festiwal filmowy. Znany ze swej przyjaźni z Władimirem Putinem reżyser filmowy Nikita Michałkow jest jego organizatorem. Z okazji festiwalu, dziennikarka Zoja Swietowa zaapelowała do Michałkowa, by nie pozostał głuchy i ślepy w sprawie niesprawiedliwie uwięzionego ukraińskiego kolegi.




  
Oleg Siencow siedzi w rosyjskim więzieniu już ponad roku. W lipcu ma sie rozpocząć jego proces w Rostowie nad Donem. 




Blisko rok temu, na zamknięciu XXXVII Festiwalu Filmowego w Moskwie powiedział Pan, że popiera Pan prośbę przewodniczącego Związku Filmowców Ukrainy Siergieja Trymbacza skierowaną do prezydenta Putina o zwolnienie z więzienia ukraińskiego reżysera Olega Siencowa.

Minął rok.

Kilka dni temu znów razem z kolegami i gośćmi festiwalowymi szedł pan po wyłożonej czerwonym dywanem alejce gwiazd, wybiera pan zwycięzców konkursu, udziela licznych wywiadów, po raz kolejny cieszy się pan swoim filmowym świętem. W tym czasie, pana kolega, 37 letni ukraiński reżyser filmowy Siencow został wyprawiony etapem, w wagonie stołypinowskim do Rostowa nad Donem. Będzie to wkrótce sądzony za domniemane akty terrorystyczne popełnione na Krymie. Jednak Siencow nigdy nie popełnił zarzucanych mu czynów, nie zamierzał też ich popełnić. Na Krymie nie popełniono ich w ogóle. Śledztwo w sprawie tak zwanych "krymskich terrorystów" zostało ukończone.

W areszcie śledczym znęcano się nad nim i poddawano presji. Jednak Oleg Siencow nie poddał się, nie przyznał się do winy za niepopełnione czyny.

Oficerowie śledczy FSB prowadzący jego sprawę, ani razu nie pozwolili mu zatelefonować do domu, do bliskich, nie wyrazili zgody na widzenie z nimi, nie przystali na odwiedziny konsula Ukrainy. Ich  zdaniem Oleg Siencow nie jest już obywatelem Ukrainy, jest zaś obywatelem Rosji.

Przez cały czas Siencow podkreślał, iż jest obywatelem Ukrainy, domagał się spotkania z konsulem swojego państwa.


W ciągu ostatniego roku liczni sławni reżyserzy filmowi, także z Zachodu, tacy jak Krzysztof Zanussi, Pedro Almodovar, Agnieszka Holland, Jos Stelling publicznie wystąpili w obronie Siencowa.

Wśród tych, którzy wystąpili w obronie Siencowa trudni znaleźć kogoś, kto uwierzyłby, iż ten błyskotliwy reżyser, laureat międzynarodowych nagród, "planował przeprowadzenie na terytorium Krymu aktów terrorystycznych, po to by zmusić władze rosyjskie do rezygnacji z przyłączenia Krymu."

Na licznych międzynarodowych festiwalach filmowych koledzy Siencowa mówili o nim. Tylko na obecnym festiwalu moskiewskim panuje na ten temat cisza.

Jako działaczka ruchu w obronie praw człowieka przez cały rok odwiedzałam Olega Siencowa  w moskiewskim areszcie Lefortowo. Jego męstwo i siła wzbudziły mój podziw.

Zwracam się do pana i pana kolegów, byście zademonstrowali solidarność z ukraińskim reżyserem filmowym osadzonym w rosyjskim więzieniu. Jego aresztowanie to skutek określonej atmosfery politycznej.

29 czerwca będzie pan wręczał nagrody zwycięzcom festiwalu moskiewskiego. Chciałabym, by w tym momencie pamiętał  pan o Olegu. Trudno powiedzieć, czy tego dnia wciąż będzie jeszcze w drodze do Rostowa, czy też będzie się już znajdował w tamtejszym areszcie. Tak czy inaczej, w końcu lipca ma się tam zacząć jego proces.

Posiedzenia sądu w procesie Siencowa powinny być jawne. Pan Nikito Siergiejewiczu mógłby przybyć na rozprawę, by osobiście przekonać się do jakiego stopnia zarzuty stawiane pańskiemu koledze są absurdalne.

Dlaczego piszę do pana ten list? Gdy w końcu sędzia okręgowego sądu wojskowego dla północnego Kaukazu uzna winę Olega Siencowa i wlepi mu 15-20 lat za niepopełnioną zbrodnie, nie chciałabym by mógł pan powiedzieć, iż nic pan o tej sprawie nie wie.


Tłum. K.W.

Oryginał można znaleźć na portalu "openrussia":
https://openrussia.org/post/view/8066/







*Oleg Siencow (ur.1976 w Symferopolu). Nagradzany na międzynarodowych festiwalach filmowych (Rotterdam, Chanty-Mansijsk i inne) ukraiński reżyser filmowy. Autor filmu "Gaamer". W lutym 2013 roku przystąpił do pracy nad nowym filmem "Nosorożec". Jest przeciwnikiem aneksji Krymu. Bral udział w akcji udzielania pomocy żywnościowej zablokowanym przez wojska rosyjskie na Krymie oddziałom ukraińskim. W maju 2014 roku zostal aresztowany pod zarzutem udziału w przygotowaniach do planowanych akcji terrostycznych. FSB twierdzi, iż planowano eksplozje i podpalenia m.in. siedzib organizacji prorosyjskich. 







Zoja Swietowa (1959), wybitna publicystka, działaczka ruchu na rzecz praw człowieka. W czasach radzieckich związana ze środowiskiem dysydenckim. Laureatka wielu nagród,  rosyjskich i międzynarodowych.














Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com

sobota, 20 czerwca 2015

Przekazujesz informacje Ukropom: to jest zabronione!



Nie pierwszy raz podczas obecnego kryzysu na Ukrainie wpadł w tarapaty. Paweł Kanygin, dziennikarz moskiewskiej "Nowej Gaziety" od początku relacjonuje kryzys na Ukrainie. Nie boi się ryzyka, potrafi zdobyć informacje niedostępne dla innych. Tym razem aresztowano go w Doniecku, po zorganizowanej spontanicznie przez mieszkańców antywojennej demonstracji. Funkcjonariusze donieckiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego nie patyczkowali się. Gdy przyznał, że przede wszystkim zależy mu na pokoju Paweł zarobił potężny cios w oko. Potem poddano go przesłuchaniu i deportowano do Rosji. Swoją przerażającą relację spisał na świeżo po dotarciu do Rostowa nad Donem.



Autor: Paweł Kanygin





Chcesz pokoju?! - i dostałem w oko!

Sprawozdanie specjalnego wysłannika "Nowej Gaziety" Pawła Kanygina. Jak go zatrzymano w Doniecku, poddano przesłuchaniu w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego i poddano przymusowej deportacji.






Aresztowanie w Doniecku było nie pierwszym niebezpiecznym epizodem w karierze dziennikarza "Nowej Gaziety" Pawła Kanygina





"Pewne siły"

Na przesłuchanie zabrano mnie następnego dnia po antywojennej demonstracji przeprowadzonej przed siedzibą władz w Doniecku. Było to dla nich wydarzenie całkowicie nieoczekiwane. Zaskoczeni demonstracją byli także dziennikarze, w mieście było ich wówczas niewielu. Protest mieszkańców miał charakter żywiołowy,  nikt nie miał pojęcia czym akcja może się skończyć. Tłum zwrócił się do przywódcy Donieckiej Republiki Ludowej Aleksandra Zacharczenki z apelem o zakończenie wojny. Każdy z uczestników wykrzykiwał jakieś hasła, wielu próbowało też przedrzeć się w jego pobliże, by prosto w twarz rzucić mu swoje żądanie. Spocony Zacharczenko z trudem stał o kulach, ranę w nogę odniósł jeszcze w lutym. Ludzie ze współczucia życzyli mu zdrowia. Wysłuchał ludzi, jednak od razu po demonstracji oświadczył, iż ktoś "musiał ją zorganizować", że "nie wszystko jest takie proste", a także, iż odpowiadają za nią "pewne siły". Organom wydano polecenie, by zebrały niezbędne informacje.

Następnego dnia, o 14.00 zabrano mnie do Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego DRL. Zatrzymano mnie w kawiarni w centrum Doniecka, spotykałem się w niej z Tatiana Jegorową, urzędniczką z rządowego wydziału prasy . Nieoczekiwanie zaprosiła mnie na spotkanie i nieoczekiwanie zapowiedziała, iż otrzymam akredytację niezbędną do pracy w DRL. Od tygodnia mi jej odmawiano. Informowano mnie jedynie, iż wydanie dokumentu będzie możliwe dopiero po przeprowadzeniu za mną stosownej rozmowy. Ale nikt nie chciał ze mną ustalić jej daty. Nie pomogły nasze telefoniczne i pisemne interwencje, zwracaliśmy się bezpośrednio do Jeleny Nikitiny, ministra informacji DRL. Na początku obiecała pomóc, potem także ona przestała odpowiadać.


Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:


Szukamy pana od dawna


- Nie powiesz mi, dlaczego nasze kierownictwo tak się was boi? - zapytała Tatiana.
- Nie mam pojęcia.
- Oni nie chcą, żebyś tu pracował.
- Dlaczego?
- Mówi się, że wasze relacje na temat tego, co się u nas dzieje są nieobiektywne. Ale, powiem ci od razu, ja się z tym nie zgadzam. Pomogę ci z akredytacją. Już dziś. Tylko że stanowisko kierownictwa DRL jest jednoznaczne: nie i już (nie dawać akredytacji). I nie tylko tobie, to dotyczy całej "Nowej Gaziety".
- Kto podjął taką decyzję?
- […] Podejrzewam, że sam Zacharczenko.
- On nas zna?
- Kto by nie znał "Nowej Gaziety"! - powiedziała Tania.
W tej właśnie chwili podeszli do naszego stolika. Dwaj umundurowani z automatami, dwaj po cywilnemu.
- Pan nazywa się Paweł Kanygin? - zapytał jeden z cywili.
- To ja.
- Świetnie się składa. Szukamy pana od dawna. Proszę wstać. Jest pan zatrzymany przez organy bezpieczeństwa Donieckiej Republiki Ludowej.
Jeden z uzbrojonych funkcjonariuszy wymierzył we mnie lufę automatu, jego kolega wziął mnie pod rękę i odprowadził w kierunku miniautobusu. Tatiana dopijała lemoniadę.

Prowadzili mnie w kierunku samochodu. Młody chłopak w cywilu pospieszał mnie, poszturchując w plecy. "Idź prędzej. Jesteś przecież sportowcem "- podśmiewał się.


Zapaskudzisz całe siedzenie


Wewnątrz autobusu jeden z uzbrojonych funkcjonariuszy z bandanką na głowie w kolorze koloru khaki ustawił automat między nogami i z kabury wyciągnął pistolet. Odbezpieczył go.
- Jestem psychem i paranoikiem. Szarpniesz się, powiesz nie to co trzeba, kropnę od razu. Zrozumiałeś?
- W porządku - odpowiedziałem.
Drugi z automatem usiadł na fotelu kierowcy. Wyciągnął chusteczkę. Otarł pot z czoła. Założyli mi kajdanki.
- Ty walczysz na czyjej stronie? Jesteś z nami suko , czy po stronie Ukropów? - zapytał mężczyzna w bandance, kierując pistolet w moja stronę.  
- Ja w ogóle nie walczę. Chcę pokoju.
- Pokoju, suko?! - moja odpowiedź rozwścieczyła go. Pokój jest mu potrzebny! On tu domaga się pokoju…  Sania!
Kiedy skończył, uderzył mnie w oko.
- Pokoju mu się chce ! A kiedy dzieci giną, za co? - zapytał Sania.
- Ty gdzie kapiesz? Całe siedzenie zapaskudzisz! Weź chociaż chusteczkę.
- Wiecie co, wybiliście mi soczewkę.
- Co?! - wrzasnął ten w bandance.
- No tak, miał w oku szkło kontaktowe. teraz musimy szukać - powiedział Sania i westchnął.
- No i gdzie ta soczewka - powiedział "psych i paranoik". Zaczął szukać na siedzeniu - Idź stąd. Zaraz znajdziemy. Sania, masz latarkę? W dodatku siedzenie, suka, zapaskudził.






Domyśla się pan za co…


W kajdankach zaprowadzili mnie do budynku MGB na ulicy Szewczenko. Czekał na mnie niewysoki, tęgawy mężczyzna. To on przez następne cztery godziny komenderował przesłuchaniem. Wprowadzono mnie, razem z rzeczami do jednego z gabinetów.
- Na pewno pan się domyśla za co pana zatrzymaliśmy - zagadał tęgawy mężczyzna.
- Nie mam pojęcia. Zupełnie.
- Niech pan pomyśli.
- Proszę, w pana rzeczach znaleźliśmy wizytówkę Macuki (Andriej Macuka, doniecki dziennikarz, wydawca "Nowosti Donbasa." W opozycji wobec reżimu Janukowicza, zwolennik przemian demokratycznych na Ukrainie - "mediawRosji"). On jest stąd z Doniecka. Dziennikarz. Teraz krytykuje rząd DRL. Z Kijowa. Dla niego pan pracuje?
- Nic a nic nie rozumiem, o co wam chodzi.
- No tak - powiedział tęgawy. Pracujesz dla niego. Znaleźliśmy jego wizytówkę. Wszyscy wiemy kim jest. To wróg DRL. Dostaje dolary z Ameryki. Za nie obrzuca nas błotem. Pan razem z nim. Z Macuką.
- Spotkaliśmy się tylko raz w życiu. Dał mi wizytówkę. Ludzie, kiedy się poznają, często wymieniają się wizytówkami.
- Dość tych kłamstw - tęgawy nie wytrzymał. On jest amerykańskim najemnikiem, a do tego gej. Wiedział pan o tym?
- Mnie wszystko jedno kim jest.
- Dostajesz od niego narkotyki - wtrącił się funkcjonariusz z krzywym nosem.
- Razem wąchacie?
- Więc jak Pasza, może się przyznasz - przecież jedziesz na koksie - tęgawy zmienił temat przesłuchania.
Spytałem go, jakie  ma nazwisko i w jakim charakterze się tu znajduję.
- Może Wiaczesław, może na przykład tak się nazywam - odpowiedział tęgawy. A twój status? Jaki możesz mieć status? Jesteś przepalony!
Zapytałem go, czy mogę raz jeden zatelefonować do Moskwy.
- A może do Waszyngtonu?  - Wiaczesław się roześmiał. W porządku, proponujemy ci dwie możliwości. Albo powiesz nam to co trzeba, potem wypuszczamy cię do Rosji, albo będziesz dalej milczeć. Wtedy gwarantuję ci co najmniej trzydzieści dni w naszej piwnicy.
- A co chcielibyście usłyszeć?
- Opowiedz nam o Macuce, narkotykach i jeszcze co tam wiesz…
- Przecież wszystko już wam powiedziałem.
- Dobra. Teraz pójdziemy do ciebie do hotelu. Zrobimy rewizję. Jestem pewien, że coś tam znajdziemy - powiedział Wiaczesław.
- W porządku. Idźcie.
- Jaki odważny. weźcie go na test, niech zda mocz. - podpowiedział Wiaczesław.
- W kajdankach. Michaile Jurijewiczu, jego nazwisko brzmi Kwakin? - zapytał funkcjonariusz z krzywym nosem. Wreszcie dowiedziałem się jak szef ma na imię.
- Tak go weźcie, jak jest. - odpowiedział Michaił Jurijewicz czyli Wiaczesław.


Amfetamina, morfina, trawka


Zaprowadzono mnie piętro niżej, do gabinetu z tabliczką na drzwiach "Punkt Medyczny". Kobiety przekładały lekarstwa, przeglądały pudelka z napisami po ukraińsku.
Mój wartownik zarządził by opatrzyły mi oko. Kobiety zaczęły się mną zajmować. .
- Jeszcze się o ciebie troszczymy - powiedział ten z krzywym nosem. A potem napiszesz, że cię wyłącznie męczyliśmy.
- Ani jedno, ani drugie było niepotrzebne - powiedziałem.
- Skąd on ma taki dziwny akcent Igoriusza? - zapytała jedna z kobiet.
- Niby Rosjanin. Ale pracuje dla Amerykanów.
- Aha, piąta kolumna - odpowiedziała. Dlaczego tak nie lubicie swojego Putina?
- Gdyby nie Rosja, nas by tu już dawno rozgnietli, rozumiesz? - rozzłościł się Igor. Idź teraz, nasikaj do słoika.
Powiedziałem, że mi się nie chce.
- Więc chcesz, żebyśmy znów się za ciebie wzięli? - zapytał Igor.
Zrobiłem naprawdę mało. Jedna z sanitariuszek obejrzała słoik:
- Trochę mało, ale popatrzymy.
Na moich czach przechyliła słoik tak, by krople moczu padały na pasek "świetnego testu".
- Teraz dowiemy się o tobie wszystkiego - mówił Igor.
- Popatrzcie, tu jest wszystko, cały komplet. - stwierdziła sanitariuszka. Amfetamina, morfina, trawka, syntetyki. Wszystko to ciągniesz? - roześmiała się.
- To właśnie trzeba było udowodnić. Przygotujcie kartę z wynikami. - polecił Igor.


Hasło do telefonu


Z powrotem zaprowadzono mnie do gabinetu. Wiaczesław, czyli Michaił Jurijewicz obracał w rękach mój notebook i telefon.
- Jak się go włącza? Potrzebne jest hasło. Dawaj hasło.
Odmówiłem.
- Dawaj szybko. Jak nie dam ci w mordę…
Poprosiłem znów, by mnie poinformowali za co zostałem zatrzymany.
- Chcieliśmy pogadać - przyznał Michaił Jurijewicz. Dobrze wiemy, że współpracujesz z telewizją "Gromadskoje". Ukraińcom przekazujesz informacje. No i Macuce.
- Niczego nie przekazuję, ja publicznie opowiadam, to co widzę.
- Na tym polega problem, opowiadasz wrogom o tym, co się u nas dzieje. Jesteś w końcu rosyjskim dziennikarzem. Twój przekaz powinien mieć sens pozytywny.
- Dla mnie ważne jest to co widzę.
- No tak. Powinieneś przekazywać zauważone  pozytywy.
Wytłumaczyłem im, że ja w taki sposób nie pracuję.
- To znaczy, że źle pracujesz. Proszę, poinformowałeś, że ludzie wyszli na antywojenną demonstrację. Ale ludzie żądali też byśmy zaatakowali. O tym trzeba było informować.
Powiedziałem, że słyszałem jak żądali jednego i drugiego.
- Twoja, tak zwana, obiektywność szkodzi Rosji i nam, rozumiesz? - zareagował MIchaił Jurijewicz. Po co pisałeś, że Boeing zestrzelono ze Snieżnoje? Jeździłeś tam, dopytywałeś ludzi. Po co starasz się rozkołysać tę łódkę? Wasza Kostiuczenko napisała o Buriacie, z nią także należałoby pogadać ("Czołgista z Ułan-Ude jedzie na wojnę" - tekst tłumaczony przez "Media-w-Rosji"). To wszystko jedna wielka brednia.
Odpowiedziałem, że mam w tej sprawie inne zdanie.
- Nie wymądrzaj się. Ten Macuka i "Gromadskoje" są u nas zabronieni. To oznacza, że postępujesz wbrew naszemu prawu. Popełniasz przestępstwo. Igor, jak tam u niego z narkotykami?
- Cała paleta. Ech dziennikarzu, ty tak w ogóle…
Wszyscy śledczy, w gabinecie było obecnych pięciu, zaczęli chichotać.
-  Teraz umieścimy to wszystko w Internecie. - powiedział Michaił Jurijewicz. I co ty na to.
- Rozmieszczajcie.
- Przecież wąchasz. Przyznaj się w końcu. Widać, że zażywasz. Bądź z nami uczciwy. Parę gramów…?
- Powiedziałem wam, że nie. Zdrowie nie pozwala.
- Trzeba dokładnie poszukać w hotelu - zdenerwował się Michaił Jurijewicz. Sprawdźcie wszystkie rzeczy, poszukamy w skarpetkach, w majtkach, rozbierzemy cie do naga. Znajdziemy. Znajdziemy.
Zapytałem, czy nie mogliby zdjąć mi kajdanek, zaczęły drętwieć mi ręce.
- Jeśli drętwieją, to niedobrze. - ocenił Michaił Jurijewicz. Więc przyznajesz, że rozumiesz, iż toczy się u nas wojna, walczymy z Ameryką, a tacy jak ty są na jej stronie. Kasę także dostajecie od nich.
Powiedziałem, że pracuję dla redakcji i czytelników.
- No szybko dawaj hasło do telefonu.
W telefonie mgbesznicy zabrali się od razu do oglądania zdjęć.



Szef donieckich separatystów  Aleksander Zacharczenko choć zjawił się na antywojennej demonstracji zasugerował, że zorganizowały ja "pewne siły" w "wiadomo jakim celu". 



Co mam napisać w raporcie?


- W jakim celu tak często jeździsz do Europy? - zapytał Igor.
- Na urlop.
- Gdzie mieszkasz? W samej Moskwie?
- Obżeracie się, żyjecie, podróżujecie - stwierdził jeden ze śledczych. A my mamy życie do dupy, chyba wiesz? W ogóle nie ma tu niczego.  A tacy jak ty, potem w Moskwie jeszcze nas obszczekują!
- Ja mam dobre zdanie o Putinie. Może nie jest najlepszy, jednak jest jedyny. To nasz człowiek. - powiedział Igor.
- Wcześniej pracował pan w Służbie Bezpieczeństwa Ukrainy, w obwodzie donieckim? - zapytałem.
- To nieważne. Jesteśmy Rosjanami i to ma znaczenie. - odpowiedział Michaił Jurijewicz.
- Więc co mam napisać w raporcie? - zapytał Igor.
- Taki, a taki znajdował się w stanie narkotycznego upojenia. Nie potrafił rozumnie odpowiadać na pytania. Wszystko mu się poplątało. - podyktował Michaił Jurijewicz.
Pomyślałem, że jest oficerem i w tej sytuacji musi odczuwać pewien dyskomfort. "Za co?" "Za kłamstwo". "Co to takiego kłamstwo?" "Prowadzimy wojnę, nasz cel zwycięstwo."
W tym momencie do gabinetu wszedł jeszcze jeden mężczyzna ubrany po cywilnemu.
- Szef powiedział: niczego nie zabierajcie. Wyrzućcie go. A ja myślałem, że go zostawią na 30 dni.
Zainteresowałem się, kto podejmował decyzję o zatrzymaniu, przesłuchaniu, przeprowadzeniu testu na narkotyki..
- Kierownictwo, rzecz jasna. Łukaszewicz (szef donieckiego MGB, Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego - P.K.) zadecydował - sprecyzował.
- A Zacharczenko jest poinformowany?
- Wszyscy są poinformowani.  Z formalnego punktu widzenia pracowałeś bez akredytacji. To niezgodne z prawem. W dodatku przekazywałeś informacje ukraińskim mediom. Oni wykorzystywali ją w swoich celach, przekręcali.
Wytłumaczyłem im, że to Internet, że nie da się zakazać korzystania z jakichś materiałów. Poprosiłem, by obejrzeli moje video, przeczytali reportaże. Macie tu Internet?
- Tu nie ma. Pójdę teraz i obejrzę - powiedział jeden ze śledczych i wyszedł na korytarz.
Jeden z jego kolegów znów zainteresował się moim telefonem.
- On tu do kogoś pisze. "Mgebesznicy śledzą mnie cały dzień" - w gabinecie zachichotali.
- Bystry, szybko nas zauważył.
- Można było się spotkać ot tak, bez przymusu - powiedział Igor.
- Twój telefon należałoby skonfiskować na dobre.
- Ile kosztuje? Kupisz sobie nowy.
- I komputer też.
- Potem powie, że mu zabraliśmy.
- Ja bym też kupił sobie mieszkanie w Moskwie.
- Najpierw odpracuj to, która dostałeś.
Wszyscy chichoczą. W końcu wraca śledczy, ten który poszedł do gabinetu z Internetem.


Decyzja


- No więc tak. Decyzja jest następująca. W zasadzie, to co piszesz jest w porządku. Ale z twoich informacji korzystają wrogie media. Potem wszystko przekręcają. To już prawie przestępstwo. Nie jesteśmy wrogami "Nowej Gaziety", waszego "DOŻDIA". Ale jest rozporządzenie.
W tym momencie zadzwonił mój telefon. Potem dzwonek dźwięczał jeden za drugim. Mgebesznicy trochę się zaniepokoili. Michaił Jurijewicz powiedział, iż przed deportacja z pewnością trzeba będzie przeszukać pokój w hotelu. Pojechali tam ze mną młodzi śledczy Igor i Iwan.
Na stoliku w pokoju hotelowym stało pudełko z torebkami herbaty i kawy.
- Można je zabrać? - zapytał Iwan.
- Przy okazji zabierzemy też ten bezpłatny szampon - krzyknął z łazienki Igor.
- Tu nie ma żadnych narkotyków.
Rewizja skończona. Wania i Igor oddali mi plecak z rzeczami i dokumenty.
Posadzili mnie z przodu starej Skody Fabia. Do granicy jechaliśmy dwie godziny.
- A  ja lubię amerykański rap - powiedział Iwan włączając radio. Ty też?
- Powinieneś zrozumieć . Taką mamy robotę - powiedział Igor.
Powiedziałem, że jeśli idzie o mnie, to ich robota za bardzo mi się nie podoba.
- Mam 23 lata. Co jeszcze mógłbym robić? - obraził się jeden z nich.
Zapytałem wtedy, co jeszcze potrafi.
- No właśnie - odpowiedział Igor. Tylko to potrafię.
- Posłuchaj. Mamy jeszcze prośbę. - powiedział Iwan, kiedy podjeżdżaliśmy do granicy. Kiedy przyjedziesz następnym razem, może mógłbyś przywieźć butelkę porządnej whisky?
Zapytałem, czy przecież nie zostaję deportowany z DRL?
- No tak. Powiedzmy. Więc tak, uznajmy, że grzecznie z tobą porozmawialiśmy - powiedział Iwan. Trochę ci przyłożyliśmy. Chociaż o nas tyle opowiadają. Mieliśmy jedną główną księgową, teraz siedzi, specjalnie sobie zegarkiem poharatała twarz, żeby zrobić z nas zwierzęta.
- Potem rzeczywiście jej za to przyłożyliśmy. - dodał Igor.


Deportacja


Przejeżdżamy ukraińskie przejście graniczne "Uspienka". Stąd Igor prowadzi mnie przez 100 metrów piechotą w kierunku rosyjskiego punktu kontrolnego "Matwiejew Kurgan". Tu spotyka nas kapitan służby granicznej FSB. Obydwaj podają sobie ręce. Kapitan uprzedza, teraz zada mi kilka pytań i zwolni. Na przykład pyta, czy mam ze sobą broń i amunicję. "Może pan uczestniczył w walkach? - mówi kapitan. Nigdy nic nie wiadomo.
Po pięciu minutach wyprowadzają mnie poza granice przejścia granicznego.  Zwalniają mnie. Jestem wolny. Przede mną, na wprost  i z boku, ciągną się pola pszenicy.


Donieck, Rostów nad Donem.


PS. Zwracamy się do Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej , Prokuratury Generalną Ukrainy i Prokuratury miasta Doniecka, by potraktowały niniejszy tekst jako oficjalne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.


Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski



Relacja ukazała się na lamach moskiewskiej "Nowej Gaziety": http://www.novayagazeta.ru/society/68871.html





*Paweł Kanygin, dziennikarz moskiewskiej, opozycyjnej "Nowej Gaziety" (od 2004 roku). Na lamach gazety relacjonował konflikty Rosji z Gruzją i Mołdową. Jest jednym z najbardziej wiarygodnych rosyjskich dziennikarzy obserwujących od początku kryzys na Ukrainie. Jest laureatem licznych nagród dziennikarskich. 










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com